RSS
28.04.2009 | Wywiady | Senat | źródło: Tygodnik Nadwiślański

„Atrakcyjność specjalnych stref ekonomicznych powoli się wyczerpuje”

Piotr Niemiec: Jaki jest dzisiaj obraz przemysłu zbrojeniowego w regionie? Wiemy, że zwolnienia dotknęły już nowo-dębski „Dezamet”.

Władysław Ortyl: Dla takich miejscowości, jak Nowa Dęba, i takich regionów, jak Podkarpacie, utrata każdego miejsca pracy to sprawa poważna. Nie jesteśmy województwem wyróżniającym się znaczącą pozycją gospodarczą, dzieli nas od najlepszych spory dystans. Uważam jednak, że kondycja przemysłu zbrojeniowego w regionie zaczęła się ostatnio poprawiać. To wynik udanych prywatyzacji WSK Rzeszów i WSK Mielec. Faktem jest, że kryzys mocno uderzył w „zbrojeniówkę” w całej Polsce. Dlatego ten trudny okres powinniśmy wykorzystać do realizacji nie tylko wielkich inwestycji infrastrukturalnych, ale dużych programów zbrojeniowych. Kryzys w końcu minie, a rozwinięta infrastruktura będzie służyła dalszemu rozwojowi kraju. Tak jak nowoczesne uzbrojenie polskiej armii.

P.N.: Z powodu cięć budżetowych zahamowana jest" realizacja programów zbrojeniowych m.in. w Hucie „Stalowa Wola”. Jaka będzie ich przyszłość?

W.O.: Realizacja takich programów, jak „Krab” czy „Loara”, wymaga z jednej strony wsparcia państwa np. w postaci poręczeń kredytów, z drugiej - chęci finansowania inwestycji ze strony banków. A te zachowują się niezbyt racjonalnie: tak jak do niedawna lekką ręką rozdawały kredyty, tak teraz ciężką ręką je zatrzymały. Potrzeba znalezienia „złotego środka” staje się więc oczywista, bo bez kredytów nie da się realizować kapitałochłonnych programów zbrojeniowych. Tu interwencja państwa jest konieczna, bo jeśli projekty, o których mówimy, są - w sensie badawczym, projektowym, konstrukcyjnym, wykonawczym - dokończone i stwierdzona jest ich przydatność dla armii, to mogą wejść do produkcji.

P.N.: Czy takie inwestycje są opłacalne?

W.O.: Uzbrojenie, które trafi na wyposażenie naszej armii w kraju i na misjach zagranicznych, może szybko znaleźć swoje miejsce na trudnym międzynarodowym rynku sprzedaży broni i stać się naszą strategiczną ofertą eksportową. Poza tym, produkując nowoczesne uzbrojenie, udowadniamy, że jesteśmy w stanie nie tylko podjąć wyzwania technologiczne, ale także skutecznie modyfikować wyrób oraz poprawiać ujawnione w trakcie eksploatacji niedoskonałości, jak to z powodzeniem stało się w przypadku transportera kołowego „Rosomak”.

P.N.: Jeśli deficyt budżetowy się powiększy, konieczne będą kolejne oszczędności. Zapewne też w „zbrojeniówce”...

W.O.: Cięcia budżetowe w MON już bardzo wyraźnie dotknęły przemysł zbrojeniowy. Dlatego nie wyobrażam sobie kolejnych. Musimy przecież pamiętać o procesach uzawodowienia armii, jej unowocześnienia i przezbrojenia. Armia musi być dobrze wyszkolona i nowocześnie wyposażona. A jedno i drugie nie może zależeć od poziomu ściągalności podatków lub tego, czy gospodarka jest akurat w fazie kryzysu czy rozwoju. Powinniśmy inwestować w armię - przez to w przemysł zbrojeniowy - na podobnym poziomie, jak dwa-trzy lata temu. Dzisiaj oczekuję raczej rewizji podjętych z początku roku decyzji rządu niż dalszych cięć wydatków. Gdyby jednak one nastąpiły, to kondycja HSW, „Dezametu” i innych producentów uzbrojenia może ulec istotnemu pogorszeniu.

P.N.: Współtworzył Pan Specjalną Strefę Ekonomiczną w Mielcu, był prezesem i pełnomocnikiem zarządu Mieleckiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Czy strefy spełniają pokładane w nich nadzieje?

W.O.: Powinniśmy je oceniać z perspektywy kilkunastu lat działania jako ważny i skuteczny instrument rozwojowy. Dzisiaj wskutek kryzysu zmieniły się warunki gospodarowania. Z tego powodu w strefie mieleckiej doszło na przełomie roku do zwolnień grupowych.
Prawda jest taka, że koszty funkcjonowania SSE rosną. Kiedyś inwestor wchodził do strefy, jak miał ulgi. Dzisiaj dodatkowo interesuje go porządna infrastruktura - dobre drogi, uzbrojony teren, pełna dyspozycja energii elektrycznej i gazu, które samu potrzebne do produkcji. I te oczekiwania musimy spełniać. Tym bardziej że przedsiębiorcy są teraz kuszeni przez niektóre państwa UE niestandardowymi ułatwieniami i potężnymi ulgami.

P.N.: W SSE „Wisło-San” kłopoty przeżywają zakłady z branży aluminiowej. Kryzys w przemyśle motoryzacyjnym odbija się w Stalowej Woli i Gorzycach...

W.O.: Wydawało się, że charakterystyczna dla Mielca, Stalowej Woli i Tarnobrzega monokultura przemysłowa ostatecznie się skończyła. Niestety, nie wszędzie. W Stalowej Woli i Gorzycach zainwestowali producenci felg. Jeśli mają kłopoty, to one szybko odbijają się na zatrudnieniu. Strefie cały czas potrzebna jest pomoc władz samorządowych, osób zarządzających SSE, wyspecjalizowanych agend rządowych - Państwowej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych oraz Agencji Rozwoju Przemysłu. Zdecydowana większość inwestorów trafia najpierw do PAIilZ i tam dostaje konkretne propozycje. Chodzi przede wszystkim o to, aby w jednym miejscu nie lokować zakładów z tej samej branży, bo mogą się pojawić problemy, o których rozmawiamy. Atrakcyjność specjalnych stref ekonomicznych powoli się wyczerpuje. W naszym regionie nadchodzi czas parków przemysłowych czy technologicznych, czego dowodem są zaawansowane projekty ich powstania w Tarnobrzegu i Stalowej Woli.

P.N.: Jakie nadzieje można wiązać z tymi nowymi instytucjami?

W.O.: Najkrócej mówiąc: park przemysłowy lub technologiczny (to wyższy stopień rozwoju), obok inkubatora przedsiębiorczości oraz uczelni z wydziałami politechnicznymi, stanowi uzupełnienie, a nawet dopełnienie specjalnej strefy ekonomicznej. Park daje nowe hale produkcyjne, infrastrukturę, umożliwia prowadzenie badań, zapewnia wspólną promocję. Park technologiczny dba o innowacyjność produkcji. W Mielcu mamy blisko piętnastoletnie doświadczenie z inkubatorem przedsiębiorczości, który powstał jeszcze przed powołaniem SSE. Przez lata zagospodarowywał małe firmy, które dzisiaj świetnie kooperują ze średnimi i dużymi firmami działającymi w strefie. Wkrótce stanie się inkubatorem nowych technologii. Mamy też bardzo dobre doświadczenia z naszym parkiem technologicznym. Dlatego trochę się dziwię, że w Stalowej Woli, która dysponuje dobrze przygotowanymi kadrami z HSW, tak późno zdecydowano się na powołanie parku przemysłowego.

P.N.: Był Pan wiceministrem rozwoju regionalnego w gabinecie PiS. Jak zatem ocenia Pan obecną działalność MRR? Z mediów wiemy, że rząd jest zadowolony z pracy tego ministerstwa...

W.O.: Niepokojące jest samozadowolenie każdego rządu i każdego ministerstwa. A ja wiem, że zawsze można zrobić więcej. I że fakty są nieco inne niż przedstawia nam rząd - słabo wydajemy fundusze europejskie. Nawet Komisja Europejska mówiła, że powinniśmy szybciej uruchamiać zaliczki i przeznaczać środki na wielkie inwestycje infrastrukturalne. Rząd dopiero teraz odkrył, że zaliczki mogą zdecydowanie pomóc w wydatkowaniu środków przeznaczonych na lata 2007–2013. (Zamiast leżeć w Banku Gospodarstwa Krajowego samorząd mógłby je wpłacić np. przedsiębiorcy remontującemu gminną drogę.). Proszę zwrócić uwagę, że w starej perspektywie finansowej prym w wydawaniu pieniędzy wiodły samorządy wojewódzkie. Dzisiaj są na samym końcu. Za to w latach 2002-2006 program Kapitał Ludzki nie cieszył się powodzeniem. Teraz jest odwrotnie, wszyscy chcą się szkolić. Ale nie mogą ruszyć duże projekty z programów Innowacyjna Gospodarka i Polska Wschodnia - najlepiej obecnie realizowanego programu, który „nie dał się” weryfikacji ministerstwa rozwoju...

P.N.: Przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego. Czy podkarpacki PiS nie boi się Mariana Krzaklewskiego, który startuje z regionalnej listy PO?

W.O.: Muszę przyznać, że jestem zaskoczony tą kandydaturą. Uważam, że nie należy lekceważyć żadnego kandydata i wszystkich traktować poważnie. Musimy po prostu przekonać wyborców do naszej listy. Mamy na to duże szansę.


Konrad Szymański: Unii Energetycznej już nie ma

Przyjęte w piątek konkluzje Rady w sprawie unii energetycznej nie zawierają żadnego z pierwotnych polskich postulatów w zakresie bezpieczeństwa dostaw. Wśród 9