RSS
24.10.2002 | W prasie | źródło: Rzeczpospolita

Rzeczpospolita: Układ warszawski

Od ośmiu lat, z krótką przerwą, Warszawą rządzą ci sami ludzie. Rekrutują się z grona lokalnych polityków SLD i PO (wcześniej UW). Opanowali stanowiska w większej części miasta, bez ich kontroli nic się tu nie może zdarzyć. Oni decydują o polityce miasta i o kadrach w samorządzie. Czasem zapominają, że powinni działać w imię interesu publicznego, a nie swojego zaplecza politycznego.

Jedni nazywają to sitwą, inni mafią, ale najczęściej mówi się bardziej elegancko - układ. Hasło odsunięcia od władzy „układu warszawskiego” wypisali na swoich sztandarach politycy kandydujący na prezydenta Warszawy. Najmocniej akcentują to Lech Kaczyński, Julia Pitera, Zbigniew Bujak, Antoni Macierewicz. Ale przeciw układowi występuje też Andrzej Olechowski, którego zaplecze polityczne niewątpliwie z obecnym układem jest związane. Ludzie z układu to jego najbliżsi współpracownicy w kampanii wyborczej, zajmują też pierwsze miejsca na listach wyborczych PO. Podobne zaplecze ma kandydat na prezydenta z SLD - UP Marek Balicki. On jeden nie występuje przeciw układowi, co najwyżej mówi, jak wszyscy zresztą, o konieczności zaprowadzenia uczciwości w stołecznym samorządzie.

Sojusz ma kamienice, Platforma ulice

Układ narodził się w 1994 r. Wtedy pierwszy raz władzę w mieście objęły SLD i UW. Pierwszemu przewodził w Warszawie Jan Wieteska, drugiej - Paweł Piskorski. Prezydentem Warszawy został Marcin Święcicki z UW. Na początku układ był dosyć słaby. Jego rozkwit hamował częściowo Święcicki, któremu często nie podobało się zachowanie partyjnych kolegów. Nic dziwnego, że pod koniec kadencji był już wśród nich czarną owcą.

Po wyborach 1998 r. Piskorski bezpośrednio sięgnął po rządy w stolicy. Początkowo w koalicji z AWS, a po ponad roku, po rozpadzie warszawskiej prawicy, ponownie z SLD. Oprócz Piskorskiego i Wieteski trzon grupy rozdającej karty stanowili: ze strony SLD Ryszard Mikliński, Marek Rasiński, Jacek Zdrojewski, Henryk Syroka, ze strony PO Paweł Bujalski, Piotr Fogler, Wojciech Kozak, Łukasz Abgarowicz, Jerzy Hertel.

Układ podzielił stanowiska i wpływy. UW dostała stanowiska: prezydenta miasta (Piskorski), trzech wiceprezydentów (Wojciech Kozak, Tomasz Sieradz, Tomasz Siemoniak), dwóch wiceburmistrzów w Centrum i stanowiska dyrektorów dwóch dzielnic (Śródmieścia i Ochoty). Sojusz wziął stanowiska trzech wiceprezydentów (Ryszard Mikliński, Jacek Zdrojewski, Tadeusz Gajewski), burmistrza centrum (Wieteska), dwóch jego zastępców i dyrektorów pięciu dzielnic (Mokotowa, Woli, Żoliborza, Pragi-Północ i Pragi-Południe). Podzielono też stanowiska w zarządach dzielnic (po trzy na dzielnicę), wymieniano też - chociaż nie była to żelazna zasada - sekretarzy urzędów, rzeczników prasowych, szefów biur rad, szefów biur zarządów, dyrektorów wydziałów.

Nie oznacza to, że w podległych urzędach i jednostkach nastąpiła generalna wymiana kadr. Kadry w dużej mierze i tak były lewicowe, często jeszcze z PRL. Układ szybko i zdecydowanie oczyścił jednak administrację z przeciwników politycznych, czyli działaczy AWS z poprzedniego rozdania.

Jeśli chodzi o wpływy na poszczególne dziedziny działania samorządu, zasada ich podziału była prosta: SLD bierze na wszystkich szczeblach - od wiceprezydenta do inspektora w urzędzie dzielnicy - kulturę, sport, sprawy lokalowe (mieszkania i lokale użytkowe), oświatę, handel, pomoc społeczną. UW (potem PO) - architekturę, geodezję, planowanie przestrzenne, inwestycje, sprawy majątkowe (sprzedaż gruntów). Powstało nawet powiedzenie: SLD ma kamienice, Platforma ulice.

Pałac Kultury bez Austriaków

Najbardziej spektakularne były nominacje dla Pawła Bujalskiego (UW, potem PO) na prezesa spółki miejskiej Pałac Kultury i Nauki oraz dla rzecznika warszawskiego SLD i radnego Rady Warszawy Andrzeja Golimonta na szefa promocji tej spółki.

Spółka to czterystu pracowników i 42 mln zł rocznego budżetu. Powołana została do zarządzania Pałacem Kultury, który jest jedynym w swoim rodzaju połączeniem biurowca, centrum targowego i centrum kulturalnego (kina, muzea, teatry, Sala Kongresowa). Największym źródłem dochodów PKiN jest wynajmowanie dużych powierzchni (sal, hallów i korytarzy) na wystawy i targi oraz Sali Kongresowej na koncerty, narady i zjazdy.

Bujalski dostał władzę w Pałacu Kultury w zamian za stanowisko wiceburmistrza Centrum, które oddać musiał koalicjantowi. Bujalski ma bogatą kartę działacza samorządowego i politycznego. Zaczynał jako pierwszy burmistrz Woli, wtedy jeszcze z PC, który wsławił się rozbiciem po pijanemu służbowego samochodu. Potem był w UW, obecnie szefuje wolskiej Platformie.

Golimont z kolei to jeden z najsłynniejszych - ze względu na cięty język - warszawskich radnych. Dziennikarz „Nie” i „Trybuny”, wieczny rzecznik prasowy - obecnie warszawskiego SLD, wcześniej: PPS, sejmiku mazowieckiego, warszawskiej Straży Miejskiej i PKiN. Od kilku miesięcy dyrektor handlowy PKiN.

Bujalski i Golimont uważani są za dobrych organizatorów, ludzi inteligentnych i kreatywnych, ale Bujalski ma opinię... niebezpiecznego. Co jakiś czas proponuje miastu kontrowersyjną inwestycję. Za czasów Święcickiego była to budowa za dwa miliony złotych komputerowo sterowanej fontanny na czterechset-lecie stołeczności Warszawy. Teraz, przed końcem kolejnej kadencji, próbował wpłynąć na władze miasta, by zgodziły się na wniesienie aportem dochodowej części Pałacu Kultury (biura, powierzchnie wystawiennicze) do spółki z firmą austriacką. - Nie potrafił jednak wykazać, dlaczego akurat z tą spółką, bez przetargu, miasto miałoby wejść w interes i jakie byłyby z tego korzyści - relacjonuje jeden z uczestników spotkania. Władze zgody nie dały.

Układ ma to do siebie, że wciąga kolejne szeregi znajomych i towarzyszy partyjnych. Bujalski, jeszcze jako wiceburmistrz Centrum, postawił na czele Miejskiego Systemu Informacji (jednostka budżetowa gminy) kolegę z Wolskiej Izby Gospodarczej, której był prezesem, Michała Trzcińskiego. Żonę Trzcińskiego zatrudnia z kolei w PKiN.

W Pałacu pracę znalazł też Hubert Gawor, syn Ewy Gawor, radnej Rady Warszawy ostatniej kadencji (Nowa Polska, Zgoda Warszawska, PO), szefowej Wydziału Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego gminy Centrum, członkini PO, oraz generała Mirosława Gawora, byłego szefa BOR, obecnie „szeryfa” Andrzeja Olechowskiego, kandydata na jego zastępcę w ratuszu. Generał Gawor też miał już coś wspólnego z samorządem. Jak ujawniła „Gazeta Wyborcza”, figurował - obok „byłego ministra, wojskowych, handlarzy bronią, prezesów i dyrektorów z wielkich firm, posłów, radnych, polityków, a także oficerów BOR” - na liście członków ekskluzywnego klubu strzeleckiego, który korzystał ze strzelnicy wybudowanej przez samorząd. Strzelnica powstała kosztem 1,3 mln zł pod basenem klubu Warszawianka („elegancka recepcja, dobrze zaopatrzony barek, skórzane kanapy, klimatyzacja, dziesięć torów strzeleckich. Nie wejdzie tu nikt z zewnątrz”). Choć jego podpis widniał pod deklaracją, Gawor twierdził, że nigdy do klubu nie przystąpił.

Hasło Warszawianka już chyba zawsze kojarzyć się będzie w stolicy ze słowem skandal. Budowę kompleksu sportowego za samorządowe pieniądze powierzono fundacji. Radę nadzorczą obsadzono według klucza politycznego. Jej szefem był m.in. Łukasz Abgarowicz, wówczas radny, obecnie poseł PO. W efekcie działań fundacji za obiekt, który miał kosztować 20, zapłacono 120 mln zł. Kolejne kontrole odkrywały kolejne nieprawidłowości, a ostatnia - z NIK - zakończyła się dwoma wnioskami do prokuratury.

Śpiewać każdy może...

Za rządów koalicji SLD - UP biurokracja samorządowa rozrosła się niepomiernie. Od 1998 r. w Centrum, dzielnicach i w ratuszu przybyło prawie 550 urzędników, w niektórych urzędach wzrost zatrudnienia wyniósł 30 - 40 proc. (patrz ramka), z tego w samym ratuszu 120 osób (wzrost o 31 procent). Do tego trzeba doliczyć setki osób umieszczonych w tworzonych ośrodkach sportu i rekreacji, domach kultury, Towarzystwach Budownictwa Społecznego itp.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele karier urzędniczych oparło się wyłącznie na kryterium przynależności partyjnej, nie na umiejętności i wiedzy. - Obowiązywała zasada „śpiewać każdy może...” - mówi wysoki urzędnik gminy Centrum. Przykładem najchętniej wymienianym w urzędzie Centrum jest przykład dyrektora biura prasowego, byłego pracownika „Trybuny” Krzysztofa Stanisławiaka. „Dyspozycyjny aparatczyk” - mówi nasz rozmówca. „Redaguje Wietesce felietony do Trybuny” - dodaje inny pracownik Centrum.

Na sekretarza Urzędu Gminy Wieteska wstawił wypróbowanego działacza o proweniencji jeszcze pezetpeerowskiej, poprzednio dyrektora wydziału handlu, Stanisława Osowskiego. - Wcześniej miał pomysł, żeby zatrudnić tam Rafała Maliszewskiego (były wiceprezydent miasta związany z lewicą, wsławił się podpisaniem niekorzystnego dla miasta kontraktu na zakup kasowników komunikacji miejskiej - red.), ale przestraszył się szumu w prasie - mówi wysoki urzędnik Centrum.

„Kiedy Wieteska wrócił do urzędu po zamieszaniu spowodowanym zarządem komisarycznym, Osowski dostał od niego listę ludzi do zatrudnienia” - mówi nasz informator. „Innym razem dyrektor w naszym urzędzie potrzebował prawnika. Od sekretarza gminy dowiedział się, że może zatrudnić tylko kogoś z listy burmistrza. Na szczęście udało mu się ominąć ten wymóg.”

„Dzięki temu, że Wieteska rozdziela stanowiska, daje pracę, a to w dzisiejszych czasach najcenniejszy towar, utrzymuje swoją pozycję w warszawskim SLD” - wyjaśnia jedna z działaczek Sojuszu, niechętna Wietesce.

Karier po linii partyjnej można prześledzić więcej. Mieszają się funkcje, stanowiska, zajęcia. Rzecznik prasowy mazowieckiej UW za czasów Pawła Piskorskiego i radny Mokotowa Jakub Lutyk zostaje pracownikiem biura Rady Warszawy. Asystent Piskorskiego i zarazem radny Śródmieścia Krzysztof Łaptaszyński awansuje, po odejściu Piskorskiego do Sejmu, na wicedyrektora Wydziału Promocji w Urzędzie Miasta. Obecnie kieruje jednocześnie sztabem wyborczym PO w Śródmieściu, jego żona kandyduje do Rady Dzielnicy Wola.

Wcześniej Piskorski miał asystenta Stanisława Helwinga, też radnego, który skompromitował się kupieniem od gminy, dużo taniej niż na rynku, mieszkania przekazanego przez spółdzielnię. Po odkryciu przez prasę „zaradności” Helwinga Piskorski usunął go ze swojego otoczenia. Helwing znalazł jednak zatrudnienie w Zakładzie Budowy Mostów, firmie, która jako inwestor zastępczy buduje na zlecenie miasta mosty, a obecnie Trasę Siekierkowską.

Z ramienia samorządu pracę ZBM nadzorował jeden z najbliższych współpracowników Piskorskiego, radny i wiceburmistrz Centrum, a obecnie poseł PO i szef sztabu Andrzeja Olechowskiego, Jerzy Hertel. Ożenił się on dwa lata temu z koleżanką z rady - Małgorzatą Ławniczak. Ławniczak należała do UW, teraz jest w PO, startuje ponownie do rady. Przed otwarciem mostu Siekierkowskiego zaproponowała przeznaczenie 600 tys. zł z kasy gminy na sfinansowanie uroczystości otwarcia mostu Siekierkowskiego (festyn, koncert, fajerwerki itp.). Ostatecznie gmina wyłożyła na imprezę 86 tys. zł.

Piskorski przyprowadził do ratusza swojego rzecznika prasowego - byłego posła UW Andrzeja Machowskiego, a do promocji zdrowia zatrudnił szkolnego i zarazem partyjnego kolegę Piotra Krośnickiego.

Baronowie rządzą

W samorządowym warszawskim światku nie jest tajemnicą, że każda dzielnica ma swojego partyjnego protektora. To teren jego wpływów. Mokotów jest domeną Wieteski (jeszcze w PRL był tam sekretarzem dzielnicowym PZPR), Praga-Południe - Ryszarda Miklińskiego (podobne początki, wiceprezydent miasta, wiceprzewodniczący warszawskiego SLD, wcześniej radny dzielnicy i rady Centrum, wiceburmistrz Centrum), Wola - Henryka Syroki (ostatni przewodniczący rady Centrum, szef SLD na Woli, członek rady nadzorczej SPHW).

Ci baronowie stołecznego SLD decydują, który z wypróbowanych działaczy zajmie stanowisko w samorządowym aparacie. Modelowa pod tym względem jest kariera dyrektora Woli Mieczysława Zmysłowskiego, „człowieka Syroki, działającego tylko na jego polecenie”, jak chce opozycja, ale potwierdzają to i radni koalicji. Zmysłowski był naczelnikiem Wydziału Oświaty na Woli, potem dyrektorem biura zarządu dzielnicy Wola, dyrektorem Biura Rady Centrum (Syroka, przewodniczący Rady, ściągnął go tam, usuwając poprzedniego dyrektora), dyrektorem Zakładu Obsługi Placówek Oświatowych na Woli, wreszcie dyrektorem dzielnicy.

Akurat zrobiło się miejsce, bo poprzedni dyrektor Jacek Bobrowski (SLD) poszedł na dyrektora Wydziału Rozwoju Regionalnego do wojewody mazowieckiego Leszka Mizielińskiego (SLD). Bobrowski zasiada w zarządzie jednej ze spółek gminnych oraz w radach nadzorczych kolejnych dwóch. Miejsce Zmysłowskiego w Biurze Rady zajął Andrzej Kowalski (SLD), ale kilka miesięcy temu został przerzucony do Śródmieścia na dyrektora ośrodka sportu. Karuzela się kręci.

Przykład Woli jest szczególnie frapujący. Niedawny konkurs na dyrektora gimnazjum przy ul. Smoczej wygrała żona dyrektora wolskiego Zarządu Budynków Komunalnych. Dyrektor Andrzej Wawrzak należy do SLD, musi tam być nieźle notowany, bo zasiada także w radach nadzorczych dwóch spółek miejskich - MPT oraz PPHU Zaplecze.

Urząd Dzielnicy wydaje od lat lokalną gazetę „Kurier Wolski”. Przed wakacjami na jej czele postawiono byłego dziennikarza „Trybuny Ludu”. Od tej pory wywiady i zdjęcia eseldowskich członków władz, kandydujących zresztą w wyborach, nie schodzą z pierwszych stron gazety.

Dżentelmeńska umowa otwartym tekstem

Opanowany przez partyjnych działaczy samorząd zamienił się w maszynkę do głosowania. „Opozycja nie miała nic do powiedzenia” - wspomina były radny Centrum Robert Kwiatkowski (Klub Prawicy). „Bywało i tak, że jakaś uchwała była nam podsuwana bez pełnego merytorycznego uzasadnienia, a urzędnik, który przyszedł ją referować, nie potrafił odpowiedzieć na nasze pytania. Nawet radni SLD mówili: tak nie może być, ta uchwała nie jest przygotowana, i głosowali za jej odrzuceniem. Ale potem dostawali polecenie i na posiedzeniu rady nie mieli już pytań i wątpliwości, lecz głosowali za”.

„Mieliśmy nie pytać, nie dociekać, nie dyskutować. Mieliśmy tylko głosować, jak nam kazano” - potwierdza była radna SLD w Centrum. „Dlatego nie zdecydowałam się kandydować ponownie” - dodaje.

Te głosowania bez dociekania były potrzebne koalicji SLD - PO w ostatnich tygodniach co najmniej kilkakrotnie. Tuż przed wyborami pojawiła się seria uchwał mało zrozumiałych z punktu widzenia interesu gminy. Nagle władze zapragnęły zakładać spółki, przekazywać grunty, robić kosztowne wydatki.

„Uchwały przygotowywane w pośpiechu wrzucano nam najczęściej do zatwierdzenia w ostatniej chwili, tak żebyśmy nie mieli czasu im się przyjrzeć, przeanalizować” - wspominają byli radni dzielnic, Centrum, Rady Warszawy.

Najgłośniejsza chyba stała się sprawa bezprzetargowego przekazania gruntu Gromadzie. Władze gminy zamierzały oddać na 30 lat hektar ziemi w bardzo dobrym punkcie miasta (wartość co najmniej 16 mln zł). Jak ujawnił prezes tej firmy, miał on z burmistrzem Wieteską dżentelmeńską umowę w tej sprawie. Po nagłośnieniu sprawy przez „Gazetę Stołeczną” władze wycofały się z tego pomysłu. Ale tylko chwilowo, bo, jak zapowiedział podczas ostatniej w tej kadencji sesji Rady Gminy burmistrz Wieteska, „w następnej radzie będziemy szukali pozytywnego rozwiązania tej sprawy. Mówię to otwartym tekstem”.

To, co nie udało się na Ochocie, udało się w Śródmieściu. Niemal w tym samym czasie Rada Dzielnicy przekazała ZHP dwa hektary na Cyplu Czerniakowskim. ZHP ma tam od lat stanicę wodną. Nikt organizacji stamtąd nie wyrzucał. Nagle okazało się, że trzeba ją uwłaszczyć na tym ogromnym terenie. Zastosowano przy okazji 90-proc. bonifikatę na pierwszą ratę za grunt. „To już nawet nie kiełbasa wyborcza, ale schab ze śliwkami” - komentowała radna Anna Wysocka.

Rozbrat w dobrych rękach

Eseldowskie władze Śródmieścia - dyrektorem dzielnicy jest wprawdzie Piotr Fogler z PO, ale w tej sprawie dał wolną rękę swoim zastępcom z Sojuszu - przeprowadziły też kontrowersyjną operację sprzedania swojej partii gminnego budynku, w którym mieści się centrala SLD. Właściwie chodzi o kompleks budynków, w którym oprócz SLD mieszczą się hotel, restauracja i biura wynajmowane przez prywatne firmy. Dzielnica wystawiła nieruchomości na przetarg za 19,6 mln zł (budynki 10 mln, grunt 9,6 mln zł) wraz z lokatorami. Nic dziwnego, że jedyną ofertę złożyły władze SLD, a ponieważ przebiły nieznacznie cenę wywoławczą, przetarg wygrały. Sprzedaż Rozbratu oznacza, że samorząd zrezygnował z czynszu, którego nie dostawał od partii i spółki zarządzającej bezprawnie budynkami przez dziesięć lat.

Śródmieście kilka tygodni przed wyborami rozpoczęło, szacowaną na kilkanaście milionów złotych, modernizację budynku Urzędu Dzielnicy. Nowy wystrój, nowy system alarmowy, sieć teleinformatyczna. Kiedy prace były już w toku, dyrektor Fogler przeforsował, przy pomocy radnych koalicji, uchwałę, w której zgodzono się na powołanie spółki, która ma... wybudować zupełnie nowy urząd. Samorząd wniesie do spółki teren wartości 7,6 mln zł.

Tuż przed wyborami ma być też rozstrzygnięty w Śródmieściu przetarg na informatyzację urzędu. I to wtedy, kiedy wiadomo, że po wyborach zmieni się ustrój miasta (wejdzie w życie nowa ustawa warszawska), a co za tym idzie, struktura administracji samorządowej zostanie całkowicie zreorganizowana. W dodatku warunki zamówienia zostały tak sformułowane, że ludzie z branży informatycznej nie mogli się nadziwić. „Wygląda na to, że gmina zamierza kupić kota w worku” - ocenia jeden z informatyków, który pracował kiedyś w warszawskim samorządzie. „Jakby jej było wszystko jedno, co dostanie, byle tylko wydać pieniądze. Zupełnie nie precyzuje, co chce dostać. Nie ma przy zamówieniu projektu umowy. A do tego jako termin wdrożenia systemu wyznacza się trzy miesiące! W tym czasie można co najwyżej przygotować dokumentację. Ten urząd obsługuje 140 tys. mieszkańców. Podobne systemy wprowadzano latami.”

Przykładów niejasnych decyzji jest więcej. Ochota postanowiła sprzedać nagle swoją spółkę powołaną dziesięć lat temu do zarządzania domami komunalnymi w dzielnicy - Gminną Gospodarkę Komunalną Ochota. Spółkę, która w ubiegłym roku przyniosła 2,5 mln zł zysku, wyceniono na... 400 tys. zł. Mimo protestów opozycji koalicja przegłosowała sprzedaż. Jak tłumaczyły władze dzielnicy, wycena nie jest wysoka, bo GGKO ma tylko biurka, komputery i mocno zużyty samochód. „Być może, ale spółka będzie sprzedana z całym rynkiem, jaki teraz obsługuje, ma więc zagwarantowaną pracę” - odpowiada radny Centrum Karol Karski.

Kupiec ma być wskazany nie w drodze przetargu, lecz rokowań. Kiedy skończy się już kadencja radnych.

Na czele GGKO stoi Sławomir Flis, działacz PO. Flis jest dobrym znajomym dyrektora Ochoty Andrzeja Borkowskiego (PO). Jego córka pracuje u Borkowskiego w sekretariacie.

Koalicji SLD - PO zabrakło głosów do zrealizowania jeszcze innego zamiaru - wprowadzenia miasta do spółki z prywatną firmą Sita. I tym razem miasto miało wnieść aportem grunt - 25,7 ha na Pradze. Nowa spółka miałaby zająć się segregacją śmieci. O pieniądze na inwestycję wystąpiłaby do UE. Sita zadeklarowała, że wyasygnuje... 600 tys. euro (2,8 mln zł) na przygotowanie dokumentacji. I tym razem prywatny partner miasta został wybrany bez przetargu. „Wiceprezydent Jacek Zdrojewski nie potrafił przekonać nas, że to dobry interes” - mówi były radny Rady Warszawy Marek Andruk (Klub Prawicy). „Uchwała była wrzucona pod obrady w ostatniej chwili, głosowanie nad nią odbyło się na ostatniej sesji w tej kadencji. Zdrojewski przegrał jednym głosem, bo nie było wszystkich radnych koalicji. Tak jednak zależało mu na tej uchwale, że zażądał reasumpcji głosowania. W przerwie namawiał do głosowania za niektórych radnych opozycji. Drugie głosowanie dało jednak taki sam wynik”.

Radny urzędnik

Chorobą warszawskiego samorządu było - do 10 października, kiedy kadencję skończyły rady - łączenie funkcji radnych i stanowisk we władzach wykonawczych. Pozwalał na to skomplikowany ustrój miasta. Można było na przykład pracować w gminie Centrum i zasiadać w Radzie Warszawy lub pracować w gminie Centrum i zasiadać w Radzie Powiatu. Kombinacji było wiele. Korzystali z tego liczni działacze polityczni.

Biurokracja za miliony złotych

Choć Paweł Piskorski obiecywał utrzymanie biurokracji w ryzach, a urzędowanie rozpoczął od spektakularnego wystąpienia o zmniejszenie swego wynagrodzenia, po czterech latach widać skutek zupełnie odwrotny - w ratuszu, w Urzędzie Gminy Centrum i w siedmiu urzędach dzielnicowych zatrudnienie wzrosło prawie o 550 osób! W niektórych urzędach dzielnicowych wzrost sięgnął 30 - 40 proc. Koszty utrzymania wszystkich funkcjonariuszy samorządowych w Centrum wzrosły ze 130 mln zł w 1998 r. do 221 mln zł w tym roku (suma zaplanowana w budżecie). O 70 procent! W tym czasie wydatki na inwestycje zwiększyły się z 18 do 26 proc. I to tylko dzięki kredytom zaciągniętym w banku (200 mln zł w 2001, 57 mln zł w 2002 r.).

W ratuszu fundusz płac podskoczył z 14 mln zł w 1998 r. do 27 mln zł w 2002 r.

Zatrudnienie wzrastało też w jednostkach podporządkowanych samorządowi - zarządach domów komunalnych, ośrodkach pomocy społecznej, administracjach placówek oświatowych, zarządach terenów publicznych, domach kultury itp. W samych dzielnicowych ośrodkach sportu i rekreacji pracuje obecnie ok. 570 osób. Każdy OSiR to dyrektor, zastępca, księgowy, kadrowy...

Filip Frydrykiewicz

Marek Gróbarczyk: Nieracjonalna i niebezpieczna polityka energetyczna włoskiej prezydencji

Nieracjonalna i niebezpieczna - są to słowa, które dobrze opisują plany włoskiej prezydencji, która sprawuje przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej w ciągu